Ciszej, proszę. O tym, jak przestrzeń wpływa na osoby neuroatypowe – rozmowa z Martą Drożdż

Ciszej, proszę. O tym, jak przestrzeń wpływa na osoby neuroatypowe – rozmowa z Martą Drożdż

Czy kawiarnia może być miejscem przyjaznym sensorycznie? Dlaczego hałas, światło czy układ przestrzeni mają znaczenie dla codziennego funkcjonowania? I czy projektowanie bardziej dostępnych miejsc musi oznaczać duże inwestycje? O tym, a także o neuroróżnorodności w miejscu pracy, własnej drodze zawodowej i projekcie „Ciszej, proszę”, rozmawiamy z Martą Drożdż – samorzeczniczką, badaczką UX i twórczynią inicjatywy Welcome Aboard.

Marta Drożdż – samorzeczniczka, osoba w spektrum autyzmu i z ADHD, z doświadczeniem w branży IT, m.in. jako badaczka UX. Interesuje ją to, jak środowisko pracy, przestrzeń i otoczenie wpływają na codzienne funkcjonowanie osób neuroatypowych. Jest twórczynią inicjatywy Welcome Aboard oraz projektu „Ciszej, proszę”, który skupia się na wyszukiwaniu i promowaniu miejsc przyjaznych osobom wrażliwym na nadmiar bodźców. W swoich działaniach łączy perspektywę osoby neuroatypowej z doświadczeniem w UX i zainteresowaniem projektowaniem bardziej dostępnych, przyjaznych przestrzeni.

Zanim przejdziemy do Twoich projektów, chciałabym zacząć od Ciebie. Jesteś samorzeczniczką, osobą w spektrum autyzmu i z ADHD, ale masz też bardzo ciekawe doświadczenie zawodowe. Jak wyglądała Twoja droga do miejsca, w którym jesteś dzisiaj?

Marta Drożdż: To jest ciekawa droga, ale też droga różnych porażek zawodowych. Kiedy funkcjonuje się w inny sposób poznawczo czy rozwojowo, siłą rzeczy inaczej funkcjonuje się też w środowisku zawodowym. Przez lata zbierałam różne obserwacje dotyczące swoich miejsc pracy i relacji z ludźmi. Długo jednak nie rozumiałam, co właściwie się dzieje. Zastanawiałam się, dlaczego po pewnym czasie przestaję dogadywać się z przełożonym, z którym na początku miałam dobre relacje, albo dlaczego pewne warunki środowiska pracy są dla mnie tak obciążające, że nie jestem w stanie ich przeskoczyć.

Okazało się na przykład, że najlepiej pracuje mi się samodzielnie, w zaciszu domowym, a nie w biurze. Wiązało się to również z dość poszarpaną ścieżką zawodową. Nie wyglądała ona tak jak dobrze odbierane CV, w którym kolejne stanowiska płynnie się ze sobą łączą. U mnie było mnóstwo przerw, zmian i przebranżowień. Z czasem zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie potrafię zbudować takiej pozycji zawodowej, jaką sobie wyobrażałam. Wpływało to również na moje poczucie bezpieczeństwa – przecież trzeba z czegoś żyć, a jednocześnie chciałabym mieć poczucie, że to, co robię, ma dla mnie znaczenie.

Zaczęłam więc szukać odpowiedzi. Czytałam materiały i przede wszystkim doświadczenia innych osób, które dzieliły się swoimi historiami. To coraz bardziej zbliżało mnie do podejrzenia, że sama mogę być osobą neuroatypową. Zostałam zdiagnozowana dość późno – miałam wtedy około 38–39 lat.

Dla wielu osób w spektrum autyzmu, które zostały zdiagnozowane w dorosłości, moment diagnozy nie był najłatwiejszy. Jak to wyglądało u Ciebie?

Marta Drożdż: Diagnoza bardzo wiele zmieniła, choć miała mi przede wszystkim przynieść ulgę, a przez dłuższy czas raczej się z nią mocowałam. Uświadomiłam sobie, że nie jestem już w stanie pracować w taki sposób jak wcześniej. Nie chcę się ponownie narażać na koszty, jakie wiążą się z takim funkcjonowaniem, bo później pojawia się przemęczenie, wypalenie, obniżony nastrój, a nawet depresja z ciężkim przebiegiem.    

Zaczęłam więc szukać większej stabilności i zastanawiać się, jak stworzyć sobie warunki, w których będę mogła funkcjonować długofalowo. Okazało się, że potrzebuję bardziej elastycznych ram i być może pracy niezależnej, na własny rachunek.

Wcześniej pracowałam w IT, głównie jako UX researcher. Z czasem zaczęłam jednak myśleć o zmianie tej ścieżki i o pracy w mniejszym zakresie godzin – na przykład jako szkoleniowiec czy edukator. To nie była jedna decyzja podjęta z dnia na dzień. Raczej seria doświadczeń, w tym bardzo długi okres szukania pracy i ogromnej frustracji. Miałam wtedy poczucie, że nie potrafię się nigdzie dopasować i że z moją diagnozą nie odnajdę się na rynku pracy.

To był okres, którego nie chciałabym już powtórzyć. Jednocześnie właśnie wtedy zaczęła się we mnie pojawiać akceptacja, że być może nie będę miała takiej tradycyjnej ścieżki zawodowej, jak wcześniej zakładałam.

Zaczęłam też lepiej rozpoznawać własne potrzeby. Na przykład wiem już, że nie mogę pracować od 9:00 do 17:00, bo po takim dniu nie mam siły na nic. Potrzebuję pracy podzielonej na bloki i dłuższych przerw, żeby dzień nie kończył się całkowitym wyczerpaniem. Musiałam też znaleźć w sobie odwagę, żeby rzeczywiście zacząć tak funkcjonować.

Z czasem Twoje zainteresowania zaczęły wychodzić poza samo środowisko pracy. Zaczęłaś przyglądać się również temu, jak przestrzeń wpływa na nasze funkcjonowanie. Skąd wzięło się to zainteresowanie?

Marta Drożdż: Początkowo moje zainteresowania rzeczywiście koncentrowały się wokół środowiska pracy i neuroróżnorodności w miejscu pracy. W pewnym momencie zaczęłam jednak zauważać, że interesuje mnie coś jeszcze – sposób, w jaki funkcjonujemy w przestrzeni miejskiej.

Dużo wynikało z moich własnych doświadczeń. Sposób, w jaki mieszkam i w jaki się wyciszam, pokazywał mi, jak ważne jest dla mnie otoczenie. W końcu uznałam, że nie chcę już ignorować ani unieważniać tego, że mam trudności z różnymi dźwiękami. Zaczęłam więc przyglądać się temu, jak przestrzeń wpływa na nasze funkcjonowanie.

To w pewnym momencie zaczęło łączyć się z moim wcześniejszym doświadczeniem w UX. Zobaczyłam, że przecież projektowanie przestrzeni miejskiej również dotyczy tego, czy człowiek czuje się w niej komfortowo i bezpiecznie. Zaczęłam patrzeć na Warszawę – miasto, w którym mieszkam od urodzenia – właśnie pod tym kątem.

Przez pewien czas bardzo chciałam stąd uciec, bo męczyły mnie chaos i hałas, unikałam ruchliwych miejsc. Później pomyślałam jednak: skoro na razie potrzebuję tego miasta do funkcjonowania, może zamiast próbować od niego uciec, warto przyjrzeć się temu, jak można znaleźć w nim własne bezpieczne enklawy?

Zainteresowały mnie więc architektura i projektowanie. W projektowaniu przestrzeni chodzi przecież nie tylko o estetykę, ale też o to, jakie środowisko tworzy dane miejsce i czy jest ono przyjazne, czy nieprzyjazne dla człowieka. Okazało się, że można analizować bardzo wiele czynników, które na to wpływają.

Myślę też, że w moim przypadku różne doświadczenia zaczynają się ze sobą łączyć. Nie traktuję tego jako przypadkowego przeskakiwania między tematami. Raczej jedno doświadczenie prowadzi mnie do kolejnego. UX doprowadził mnie do zainteresowania przestrzenią, własne doświadczenia sensoryczne skierowały mnie w stronę hałasu i wyciszenia, a to wszystko zaczęło się łączyć z myśleniem o projektowaniu.

Ważne jest dla mnie również to, że znalazłam sposoby na wyciszenie się. Las, zieleń czy nawet zbieranie grzybów są dla mnie formą odpoczynku, kiedy mózg jest bardzo przeciążony. To również sprawiło, że zaczęłam bardziej świadomie patrzeć na to, jak otoczenie wpływa na nasze funkcjonowanie.

Właśnie na styku neuroróżnorodności, projektowania i środowiska pracy pojawił się projekt Welcome Aboard. Jak wyglądał jego początek i czym miał być?

Marta Drożdż: Początkowo wyszłam od tematu różnorodności i jej promowania w środowisku pracy. Projekt nazywał się wtedy Welcome Aboard Neuromate, ale z czasem zrezygnowałam z tego drugiego członu, ponieważ okazało się, że dla wielu osób jest po prostu niezrozumiały. Zostałam więc przy krótszej nazwie – Welcome Aboard. Jest bardziej uniwersalna i nawiązuje też do tego, co jest dla mnie ważne w projektowaniu uniwersalnym: żeby człowiek ze swoją różnorodnością czy innością czuł się mile widziany.

Z czasem jednak zaczęłam obserwować, w jakim kierunku rozwija się rozmowa o neuroróżnorodności na rynku pracy, i sama zaczęłam się zastanawiać, czy chcę podążać dokładnie tą drogą. Welcome Aboard nadal jest inicjatywą, ale nie jest obecnie sformalizowanym biznesem. Zaczęłam szukać dla niej szerszego kontekstu i interesować się również tym, jak różnorodność funkcjonuje w przestrzeni.

Zaczęłam przyglądać się między innymi hałasowi miejskiemu i temu, jak osoby neuroatypowe funkcjonują w mieście. W pewnym momencie pojawił się więc projekt „Ciszej Proszę”, dotyczący miejsc, w których można spokojnie porozmawiać, bez konieczności przekrzykiwania się.

Dzisiaj szukam raczej takich kierunków, w których mogę rzeczywiście na coś wpłynąć. Nie chodzi mi wyłącznie o wystawienie faktury za webinar. Interesują mnie na przykład partnerstwa badawcze czy technologiczne, które mogłyby prowadzić do stworzenia narzędzi wspierających funkcjonowanie osób neuroatypowych. Myślę, że cały czas odzywa się tutaj moje doświadczenie z UX i projektowania.

W ostatnich latach neuroróżnorodność stała się popularnym tematem w biznesie. Co Twoim zdaniem zaczęło być problemem w sposobie, w jaki firmy o niej mówią?

Marta Drożdż: Przez ostatnie lata pojawiło się bardzo dużo buzzwordów i uproszczeń. Zaczęło się mówić o tym, że osoby neuroatypowe mają „supermoce”, że dzięki nim firma będzie bardziej innowacyjna i nagle wydarzą się jakieś cuda. Mnie to zaczęło naprawdę niepokoić.

Bo wtedy bardzo łatwo o kolejny skrót myślowy. Pojawia się pracodawca, który mówi: „Dobrze, to zrobi mi pani webinar, bo chcę mieć w firmie więcej innowacyjnych pomysłów”. Tylko przecież to tak nie działa. Jedna osoba nie przychodzi do firmy po to, żeby ją uratować albo rozwiązać jej problemy z innowacyjnością.

Mam też wrażenie, że w takim podejściu sama neuroróżnorodność zaczyna być traktowana jak coś wyjątkowego, czym trzeba się specjalnie zajmować, zamiast jak jeden z elementów różnorodności ludzi. Chciałabym, żeby osoby neuroatypowe mogły po prostu funkcjonować w pracy bez ciągłego punktowania czy wyśmiewania ich odmienności.

Oczywiście różnorodność oznacza, że ludzie będą się między sobą różnić – sposobem bycia, komunikowania się czy funkcjonowania. Ale nie chodzi o to, żeby z każdej tej różnicy robić specjalną kategorię albo oczekiwać, że osoba neuroatypowa będzie spełniała wygórowane oczekiwania.

Jeśli więc nie wystarczy webinar czy jednorazowe szkolenie, to od czego Twoim zdaniem powinna zacząć firma, która naprawdę chce stworzyć bardziej inkluzywne środowisko pracy?

Marta Drożdż: Przede wszystkim gotowości do przebudowania pewnych struktur i sztywnych ram. Jeśli firma naprawdę chce być przyjazna osobom neuroatypowym, to wymaga znacznie większych nakładów niż zorganizowanie jednego szkolenia.

I nie chodzi tylko o osoby neuroatypowe. Różnorodność jest przecież znacznie szersza. To także osoby, które inaczej się ubierają, komunikują czy w jakiś sposób eksponują swoją odmienność. Jeśli firma chce rzeczywiście być inkluzywna, musi być gotowa uwzględniać tę różnorodność w codziennym funkcjonowaniu.

Często środowisko pracy traktuje się jako coś zastanego, a od pracownika oczekuje się, że po prostu się do niego dopasuje. Tymczasem czasami problem nie leży w człowieku, tylko w tym, jak zostało zaprojektowane środowisko, w którym ma funkcjonować.

Dlatego samo szkolenie czy webinar może być początkiem rozmowy, ale nie powinien być jej końcem. Jeśli za nim nie idzie żadna zmiana w organizacji, to trudno mówić o rzeczywistej inkluzji.

W pewnym momencie zaczęłaś jednak odchodzić od typowo biznesowego podejścia i pojawił się projekt „Ciszej, proszę”. Skąd właściwie wziął się ten pomysł?

Marta Drożdż: Wyszłam przede wszystkim z obserwacji. Byłam w grupie dla autystycznych kobiet i regularnie pojawiały się tam pytania: gdzie można się spotkać w mieście, gdzie można po prostu spokojnie posiedzieć i porozmawiać? Okazało się, że wcale nie jest takie oczywiste, żeby wejść do jakiegoś miejsca i mieć z góry zapewnione wyciszone warunki.

W większości lokali jest po prostu dość głośno. Ja sama często z tego powodu nie wchodzę do takich miejsc. Nie jestem w stanie ani spokojnie posiedzieć i pomyśleć, ani porozmawiać z kimś, bo muszę tę osobę przekrzykiwać. Po półgodzinie, a czasem nawet szybciej, jestem po prostu wyczerpana i chcę stamtąd wyjść.

Zaczęłam więc zastanawiać się, co sprawia, że niektóre miejsca odbieramy jako bardziej przyjazne. Przecież intuicyjnie uciekamy od hałasu. Jeśli chcemy się na czymś spokojnie skupić, porozmawiać czy po prostu odpocząć, potrzebujemy do tego odpowiednich warunków.

Co więc decyduje o tym, że dana kawiarnia czy inna przestrzeń trafia na Twoją mapę? Na co zwracasz uwagę, kiedy ją odwiedzasz?

Marta Drożdż: To jest tak naprawdę szereg różnych elementów. Ważne jest na przykład to, czy jeśli chcesz szybko wyjść, możesz to zrobić bez problemu. Czy możesz gdzieś się zaszyć i mieć poczucie, że nie musisz uczestniczyć w rozmowach innych osób.

Znaczenie ma też oświetlenie. Są miejsca z bardzo intensywnym światłem, na przykład z jarzeniówkami, które mogą być dla części osób nieprzyjemne. Ważne są również zapachy, a także sama akustyka pomieszczenia.

Jeżeli mamy dużą, otwartą przestrzeń i dużo powierzchni, od których odbija się dźwięk, to wszystko, co dzieje się w jednej części lokalu, będzie słyszalne również w innej. Są natomiast materiały, które pochłaniają dźwięk – na przykład miękkie tkaniny czy panele akustyczne.

Liczy się też sposób zorganizowania przestrzeni. Jeśli nie można jej całkowicie podzielić na mniejsze pomieszczenia, można zastosować przepierzenia albo inne rozwiązania, które tworzą bardziej kameralne strefy. Nawet zwykła ściana roślin może dawać poczucie oddzielenia. Fizycznie nadal słyszysz ludzi, ale masz wrażenie, że jesteś trochę bardziej odseparowana i możesz skupić się na tym, co chcesz robić.

To naprawdę nie jest jeden konkretny czynnik. Na przyjazność przestrzeni składa się wiele elementów.

Dlaczego zdecydowałaś się skupić przede wszystkim na kawiarniach? Co sprawia, że właśnie takie miejsca są ważne?

Marta Drożdż: Zależało mi na miejscach, do których można wejść bezpośrednio z ulicy i które są po prostu dostępne. Rozważałam też na przykład muzea, bo niektóre zaczęły mówić o swoich przestrzeniach ciszy. Tylko że muzeum samo w sobie jest już specyficzną, dość cichą i odizolowaną przestrzenią, gdzie nie spotykasz się z niej z kimś na rozmowę, a ponadto musisz kupić bilet wstępu.    

Dlatego skupiłam się na lokalach, przede wszystkim na kawiarniach. Są bardziej dostępne niż restauracje. W kawiarni możesz usiąść nawet na 15 minut przy soku czy kawie. W restauracji jednak zwykle umawiasz się już na konkretny posiłek i jest to bardziej zobowiązujące.

Kawiarnie są też naturalnym miejscem mniej formalnych spotkań. To często pierwsze miejsce, które przychodzi nam do głowy, kiedy chcemy się z kimś spotkać. I są wszędzie – nie tylko w centrach dużych miast.

Myślę też, że potrzeba takich miejsc stała się większa wraz z rozwojem pracy mobilnej. Coraz więcej osób pracuje poza biurem, przemieszcza się między miastami albo prowadzi własną działalność. Czasami potrzebujemy miejsca, w którym możemy spokojnie popracować, spotkać się czy coś omówić, ale nie chcemy albo nie możemy robić tego w domu.

Mówisz o rekomendacjach, ale jednocześnie podkreślasz, że odbiór przestrzeni jest bardzo indywidualny. Czy da się w ogóle stworzyć obiektywne kryteria tego, co jest miejscem przyjaznym sensorycznie?

Marta Drożdż: Właśnie z tym mam największy problem. Kryteria są dość płynne, bo jak miałabym obiektywnie zmierzyć hałas? Poczucie hałasu jest bardzo subiektywne, szczególnie w przypadku osób, które są wrażliwe słuchowo. Można mierzyć decybele, ale niektóre upierdliwe dźwięki nie są głośne, są – na przykład – piszczące.

Może się okazać, że jedna osoba powie: „W tej kawiarni jest super”, a ktoś inny wejdzie i stwierdzi, że jest za głośno. Miałam na przykład sytuację, kiedy ktoś powiedział mi, że w konkretnej kawiarni jest spokojnie, ale kiedy sama tam weszłam, okazało się, że spokojna była tylko jedna część – ta przeznaczona do pracy. W pozostałej było już zupełnie inaczej.

Dlatego bardziej zależy mi na budowaniu rekomendacji opartych na konkretnych doświadczeniach niż na wystawianiu jednej obiektywnej oceny. Docelowo w aplikacji chciałabym nawet pokazywać sprzeczne opinie. Jeśli jedna osoba napisze, że jest spokojnie, a druga, że jest głośno, to użytkownik może sam zdecydować, czy w jego przypadku to miejsce się sprawdzi.

Kiedy odwiedzasz kolejne miejsca, widzisz, że właściciele lokali sami zaczynają myśleć o takich potrzebach? Czy to jest coś, co już się zmienia?

Marta Drożdż: To bardzo zależy od miejsca i od tego, jaki ma ono pomysł na siebie. Trafiałam na kawiarnie, które świadomie chciały kojarzyć się ze spokojem. Była na przykład muzyka klasyczna, spokojna atmosfera i bardziej kameralne wnętrze.

Z kolei sieciówki często opierają swój charakter na czymś zupełnie innym. Ma być ruch, ma się dużo dziać, ma być głośniej. Tam trudniej znaleźć przestrzeń na takie rozwiązania, bo dochodzą jeszcze określone standardy i zasady dotyczące wyglądu czy funkcjonowania lokalu.

W mniejszych kawiarniach częściej spotykałam się z otwartością. Czasami właściciel nie musi przecież zmieniać całego lokalu. Wystarczy, że stworzy kilka różnych zakątków. W jednym może być trochę ciszej, w innym bardziej ruchliwie. Dzięki temu mogą przyjść zarówno osoby, którym nie przeszkadza gwar, jak i te, które wolą spokojniejsze warunki.

Miałam też sytuację, kiedy byłam w kawiarni z koleżanką autystką i poprosiłam obsługę o ściszenie muzyki. Odmówiono nam, bo takie były oczekiwania szefostwa. W innych, niezależnych kawiarniach zdarzało mi się o to prosić i nie było z tym problemu.

Gdyby właściciel małej kawiarni przeczytał ten wywiad i pomyślał: „Chciałbym coś zmienić, ale nie mam dużego budżetu”, od czego mógłby zacząć?

Marta Drożdż: Ludziom często wydaje się, że stworzenie bardziej przyjaznej przestrzeni wymaga dużych nakładów. A czasami wystarczą naprawdę proste rozwiązania.

Myślę o tym trochę jak o prototypowaniu. Nie trzeba od razu robić wielkiej przebudowy. Można zacząć od małej zmiany, sprawdzić, czy działa, i dopiero później decydować się na kolejne.

Znaczenie może mieć choćby dobór materiałów, sposób ustawienia stolików czy podział przestrzeni. Czasami wystarczy stworzyć jakiś spokojniejszy zakątek albo zastosować przepierzenie czy rośliny.

Ciekawym przykładem jest nawet rozmieszczenie poszczególnych elementów lokalu. Byłam kiedyś w kawiarni, w której bar znajdował się od razu przy wejściu, a dopiero za nim była przestrzeń do siedzenia. Dzięki temu głośny ekspres czy lodówka znajdowały się bliżej wejścia i stanowiły coś w rodzaju bufora. Dźwięki z tej części nie docierały już tak mocno do dalszej części lokalu.

Naprawdę dużo zależy od tego, jaką przestrzenią dysponujemy i jak ją wykorzystamy.

Wspomniałaś o muzyce i to jest chyba dobry przykład tego, jak trudno stworzyć jedną uniwersalną receptę. Dla jednej osoby będzie ona dodatkowym obciążeniem, dla innej może być neutralnym tłem. Jak Ty na to patrzysz?

Marta Drożdż: Muzyka jest świetnym przykładem, bo tutaj naprawdę trudno znaleźć jedno rozwiązanie dobre dla wszystkich. Może wyganiać z kawiarni osoby, które chcą spokojnie porozmawiać, ale są też osoby, które bardzo dobrze funkcjonują przy głośnej muzyce i potrafią potraktować ją jako tło.

Właśnie dlatego ten czynnik jest dla mnie taki ciekawy. Moje rozwiązanie jest skierowane przede wszystkim do osób z wrażliwościami słuchowymi, ale przecież nie każdy odbiera dźwięki w taki sam sposób.

Sama chciałabym kiedyś zrobić eksperyment w kawiarni. Sprawdzić, jak ludzie odbierają przestrzeń, w której gra muzyka, a następnie porównać ją z tą samą przestrzenią bez muzyki. Zobaczyć, ile osób wychodzi z powodu muzyki, jak długo zostają i jak zmienia się atmosfera.

Bo muzyka wpływa nie tylko na osoby, które jej słuchają. Jeśli jest cicho, ludzie często sami zaczynają mówić ciszej. I to już może zmienić sposób funkcjonowania całej przestrzeni.

Myślę, że właśnie na tym polega różnorodność potrzeb – nie chodzi o to, żeby znaleźć jeden przepis, który będzie dobry dla wszystkich. Chodzi raczej o to, żeby tworzyć przestrzenie, w których różne osoby mogą znaleźć dla siebie odpowiednie warunki.

W naszej rozmowie wyszłyśmy właściwie poza same kawiarnie. Mówiłaś o mieszkaniu, mieście, architekturze, hałasie ulicznym. Dlaczego warto patrzeć na te kwestie szerzej – być może również w miejscu pracy, od którego zaczęłyśmy rozmowę?

Marta Drożdż: Bo małe udogodnienia potrafią naprawdę dużo zmienić. W projektowaniu uniwersalnym mówi się o tym, że nie zawsze trzeba mieć wielkie pomysły czy robić ogromne inwestycje. Czasami niewielka zmiana może bardzo poprawić doświadczenie człowieka.

Jeśli jednak spojrzymy szerzej, to sposób projektowania przestrzeni ma znaczenie również w architekturze czy w planowaniu osiedli. Znaczenie może mieć choćby to, czy deweloper tworzy wokół budynku zielony bufor, jaka jest odległość od sąsiednich okien albo jak zaprojektowana jest sama bryła budynku.

To są rzeczy, których często nie bierzemy pod uwagę, a mogą mieć bardzo konkretne konsekwencje. Znam historie osób, które z powodu hałasu w swoim otoczeniu decydowały się sprzedać mieszkanie i się wyprowadzić. Czasami problemem była na przykład głośna kawiarnia działająca w tym samym budynku do późnych godzin.

Dlatego zależy mi też na tym, żeby zacząć mówić o hałasie jako o czymś powszechnym. Tak powszechnym, że przestajemy go zauważać. A potem dziwimy się, że jesteśmy ciągle zmęczeni albo że nie możemy się wyspać.

Jeśli przez cały dzień jesteśmy narażeni na różne obciążające bodźce, one mogą się po prostu kumulować. Niedawno rozmawiałam na przykład o aplikacji, która miałaby mierzyć różne czynniki wpływające na nasze zmęczenie w ciągu dnia. To ciekawe, bo czasami pojedynczy bodziec wydaje się nieistotny, ale kiedy zbierze się ich dużo, może się okazać, że wieczorem naprawdę trudno nam odpocząć.

Jak chciałabyś rozwijać „Ciszej, proszę”? Co jest kolejnym krokiem?

Marta Drożdż: Na razie chcę przede wszystkim rozwijać społeczność wokół mapy. Zależy mi na tym, żeby była ona dostępna i bezpłatna, a rekomendacje powstawały na bazie doświadczeń ludzi, którzy rzeczywiście odwiedzili dane miejsca.

Obecnie skupiam się na Warszawie, bo tutaj mieszkam i sama mogę sprawdzać lokale. Grupa, którą buduję wokół projektu, ma już ponad 200 osób.

Docelowo widzę tutaj również możliwość stworzenia aplikacji, która dawałaby więcej możliwości niż obecna mapa. Mogłyby się tam pojawiać różne opinie dotyczące tego samego miejsca, również takie, które pozornie sobie przeczą. To jest dla mnie ważne, bo nie chcę udawać, że istnieje jeden obiektywny poziom „cichości”. Chcę raczej dać ludziom informacje, na podstawie których sami zdecydują, czy dane miejsce jest dla nich odpowiednie.

Ale nie chcę zaczynać od samej technologii. Na tym etapie ważniejsze jest dla mnie zbudowanie społeczności i bazy rekomendacji. Technologia może pojawić się później.

Chciałabym też stworzyć materiał edukacyjny, być może w formie e-booka, w którym zebrałabym wskazówki dotyczące tworzenia bardziej przyjaznych przestrzeni. Można zacząć od małych zmian i potraktować je jak prototyp – sprawdzić, co działa, i dopiero później wprowadzać kolejne rozwiązania.

Kogo szukasz do współpracy?

Marta Drożdż: Szukam różnych rodzajów partnerów. Z jednej strony osób czy firm, które są zainteresowane projektowaniem przestrzeni w taki sposób, żeby były bardziej przyjazne dla różnych osób. Tutaj może pojawić się też relacja biznesowa – jeśli ktoś chce stworzyć taką przestrzeń i dzięki temu dotrzeć do nowych klientów.

Z drugiej strony szukam partnerów technologicznych, którzy mogliby pomóc w stworzeniu aplikacji. Na razie nie jest to jednak mój priorytet, bo najpierw chcę zbudować społeczność i bazę miejsc.

Interesują mnie też partnerstwa badawcze. Chciałabym móc sprawdzać, jak przestrzeń, hałas i różne czynniki sensoryczne wpływają na funkcjonowanie ludzi.

Nie jestem architektką, więc nie chcę udawać, że sama mam odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące projektowania przestrzeni. Mogę natomiast połączyć własne doświadczenie z perspektywą UX i doświadczeniem osoby neuroatypowej z wiedzą ekspertów z innych dziedzin.

Jeśli ktoś czyta naszą rozmowę i myśli: „Mam podobny pomysł” albo „Chciałbym pomóc w stworzeniu takich miejsc w swoim mieście” – co może zrobić?

Marta Drożdż: Jeśli ktoś jest z Warszawy i interesuje go idea spokojniejszych lokali, to przede wszystkim zapraszam do grupy. Na razie działamy właśnie tutaj.

Ale jestem też otwarta na osoby z innych miast. Jeżeli ktoś jest z Poznania, Krakowa czy innego miejsca i ma podobny pomysł albo widzi u siebie taką potrzebę, może się do mnie zgłosić.

Chętnie pomogę, podzielę się doświadczeniem czy po prostu porozmawiam o tym, jak można taki projekt rozwijać.

Bo tak naprawdę najbardziej zależy mi na tym, żebyśmy zaczęli zauważać, że przestrzeń jest odbierana przez różne osoby bardzo różnie. I że to, co dla jednej osoby jest zupełnie neutralne, dla kogoś innego może mieć ogromne znaczenie.


Projekty i działalność Marty poznasz na stronie WelcomeAboardNeuromate →

Dodaj komentarz