Czy można narysować autyzm? Rozmowa z Agnieszką Wojtasik, ilustratorką książek dla dzieci

Czy można narysować autyzm? Rozmowa z Agnieszką Wojtasik, ilustratorką książek dla dzieci

Jak narysować doświadczenia dziecka w spektrum autyzmu, nie popadając w stereotypy? Jak pokazać przebodźcowanie, lęk czy trudności sensoryczne, nie strasząc i nie przytłaczając odbiorcy? O pracy nad serią „Oczami Maxa” Oriany Filipionek, sile ilustracji i tworzeniu książek, które pomagają lepiej rozumieć siebie i innych, opowiada Agnieszka Wojtasik – ilustratorka.

Agnieszka Wojtasik

Agnieszka Wojtasik – ilustratorka książek dla dzieci, pracująca głównie akwarelą i tuszem. Z wykształcenia inżynier środowiska, ilustrację rozwija jako równoległą ścieżkę zawodową. Jest ilustratorką serii „Oczami Maxa” Oriany Filipionek. W 2026 roku dołączyła do Stowarzyszenia Polskich Ilustratorek i Ilustratorów, a jej praca została zakwalifikowana do wystawy organizowanej przez Stowarzyszenie w Toruniu.

Z wykształcenia jesteś inżynierem, przez lata pracowałaś w projektach unijnych, a dziś coraz mocniej rozwijasz się jako ilustratorka. Jak zaczęła się Twoja droga do ilustracji?

Agnieszka Wojtasik: To właściwie zaczęło się od kilku upartych, fantastycznych kobiet i szkicownika, który od lat noszę w torebce (śmiech). Przy okazji jednego z projektów zobaczyły moje rysunki i padło pytanie: „Dlaczego nic z tym nie robisz?”. Problem polegał na tym, że sama nie znałam odpowiedzi.

W końcu znalazły jakieś ogłoszenie dla ilustratorów i praktycznie kazały mi wysłać zgłoszenie. Pomyślałam: „Dobrze, najwyżej się nie uda”. Wysłałam kilka prac, bo na tamtym etapie niewiele więcej miałam do pokazania. I rzeczywiście – nie dostałam się do projektu. Ale zabrakło naprawdę niewiele.

To był dla mnie bardzo mocny impuls do działania. Niedługo później pojawiła się Oriana Filipionek z propozycją współpracy przy serii „Oczami Maxa”.

Czyli, można powiedzieć, że był to efekt kuli śnieżnej…

Agnieszka Wojtasik: Patrząc z dzisiejszej perspektywy, sama jestem trochę zaskoczona tempem, w jakim wszystko się potoczyło. W ciągu jednego roku powstała właściwie cała seria. Pierwsza książka „Max i smak odwagi” ukazała się w marcu, druga „Max i skok na głęboką wodę” w czerwcu, a obecnie kończę ilustracje do trzeciej części, która trafi do czytelników już w grudniu.

Dołączyłam do Stowarzyszenia Polskich Ilustratorek i Ilustratorów, wzięłam udział w wystawie, rozwinęłam portfolio, zaczęłam aktywniej działać zawodowo jako ilustratorka. Mam poczucie, że ta druga ścieżka kariery naprawdę się rozwija.

A czy książki dla dzieci od początku były kierunkiem, w którym chciałaś pójść?

Agnieszka Wojtasik: Tak. To właściwie moje najstarsze marzenie z dzieciństwa. Przez wiele lat leżało gdzieś schowane w szufladzie. Mówiłam sobie: „Może kiedyś”. A potem życie potoczyło się w innych kierunkach. Teraz myślę, że musiałam dojrzeć do tego pomysłu.

Od dziecka uwielbiałam komiksy i książki. Bardzo dużo czytałam. Zawsze fascynowało mnie to, że obraz potrafi opowiadać historię równie mocno jak słowa. Nieważne, czy był to komiks, ilustracja czy obraz – dla mnie rysunek nigdy nie był tylko dekoracją. Był sposobem opowiadania.

Co najbardziej fascynuje Cię w ilustrowaniu książek dla dzieci?

Agnieszka Wojtasik: Dzieci to są odbiorcy, którzy dopiero budują swój świat i samych siebie. Są niezwykle ciekawi, uważni i chłonni. Często patrzą na historię zupełnie inaczej niż dorośli. Mam też poczucie, że dobra ilustracja może im w tym świecie towarzyszy. Nie tylko pomagać zrozumieć historię, ale też ją rozwijać.

Bardzo nie lubię myślenia o ilustracji jako o czymś, co ma jedynie pokazać to, co już zostało napisane. Oczywiście w książkach dla najmłodszych dzieci pełni ona trochę inną funkcję, pomaga łączyć słowa z obrazami i poznawać świat. Ale kiedy mówimy o dzieciach w wieku siedmiu, ośmiu czy dziesięciu lat, zaczyna się coś więcej.

Powinna zostawiać przestrzeń na pytania i własne interpretacje. Na to, żeby dziecko zastanowiło się, co jeszcze myśli bohater, czym się interesuje, co wydarzyło się chwilę wcześniej albo co może wydarzyć się później. Lubię, kiedy obraz dopowiada historię, zamiast ją streszczać.

Dzieci są pod tym względem niezwykłe, bo naprawdę potrafią żyć światem książki. Wracają do niego, rozbudowują go w wyobraźni, dopowiadają sobie różne rzeczy. Sama jako dziecko kochałam książki i ilustracje. Pamiętam, jak wiele dla mnie znaczyły i jak długo zostawały ze mną po przeczytaniu ostatniej strony. I chyba dziś próbuję tworzyć takie ilustracje, które zostawią w dzieciach podobny ślad.

Pracujesz głównie w akwareli i tuszu. W czasach, gdy sztuczna inteligencja coraz mocniej wchodzi do świata grafiki i ilustracji, to dość świadomy wybór. Nie kusi Cię, żeby część pracy oddać technologii?

Agnieszka Wojtasik: Szczerze? Niezbyt. Sztukę i literaturę odbieram jako spotkanie jednego człowieka z drugim człowiekiem.

Poza tym dla mnie malowanie nie kończy się na gotowej ilustracji. Bardzo ważne jest wszystko to, co dzieje się wcześniej.

Lubię papier, lubię farby, lubię obserwować, jak kolor zachowuje się na kartce. Czasem robi dokładnie to, czego oczekuję, a czasem zupełnie mnie zaskakuje. W akwareli jest sporo nieprzewidywalności i właśnie to jest piękne. Wręcz mam wrażenie, że jeśli nie ubrudzę się farbą i nie będę miała papieru pod ręką, to trochę tracę sens całego procesu.

Oczywiście korzystam z narzędzi cyfrowych. Kiedy przygotowuję ilustracje do druku, poprawiam kolory albo muszę skorygować jakiś detal, komputer jest bardzo pomocny. Doceniam też artystów, którzy tworzą wyłącznie cyfrowo – to po prostu inny sposób pracy. Ja jednak najlepiej czuję się przy tradycyjnych technikach.

Bardzo pięknie o tym opowiadasz i jak Cię słucham, to rzeczywiście wyobrażam sobie, jak wiele elementów składa się na całość. Kiedy patrzymy na gotową książkę, łatwo zapomnieć, ile pracy kryje się za każdą ilustracją. Zdradź nam, jak wygląda taki proces od kuchni?

Agnieszka Wojtasik: To chyba ten moment, w którym najbardziej dochodzą do głosu moje wcześniejsze doświadczenia projektowe. Lubię pracować etapami. Mam poczucie, że jeśli na początku dobrze zaplanujemy cały proces, później wszystko przebiega znacznie sprawniej. Dlatego dla mnie najważniejsze są pierwsze rozmowy i szkice.

Ten etap potrafi być bardzo dynamiczny. Ja tworzę warstwę wizualną, ale to autorka buduje świat, bohaterów i historię. Żeby powstała dobra książka, musimy znaleźć wspólny język i stworzyć najlepszą możliwą wersję tej opowieści.

Czasami autorka ma bardzo konkretną wizję ilustracji i wtedy szukam sposobu, żeby ją rozwinąć. Innym razem daje mi pełną swobodę, więc sama proponuję rozwiązania. Zdarza się też, że sama zauważam problem. Wtedy mówię o tym i proponuję inne rozwiązanie. W jednym z przypadków zmiana formatu pozwoliła mi lepiej poprowadzić kompozycję i ostatecznie bardzo dobrze wpłynęła na całą ilustrację. Najważniejsze jest jednak to, żebyśmy obie wiedziały, dokąd zmierzamy. Dopiero wtedy zaczynam szkicować.

Przygotowuję wstępne rysunki, które wspólnie omawiamy. To etap, na którym najłatwiej wprowadzać zmiany. To znacznie prostsze niż poprawianie gotowej ilustracji wykonanej akwarelą.

Do szkiców często dołączam też próbki kolorów, bo nie każdy potrafi zobaczyć gotową ilustrację w kilku ołówkowych kreskach. Ja mam ją już wtedy w głowie, ale osoba po drugiej stronie niekoniecznie.

Tutaj bardzo ważne staje się zaufanie. Jeżeli ktoś decyduje się na współpracę z ilustratorem, wybiera przecież konkretny styl i sposób opowiadania obrazem. Bez wzajemnego zaufania taki proces byłby bardzo trudny.

Dopiero kiedy szkice zostaną zaakceptowane, sięgam po farby. W ostatnim etapie skanuję prace i przygotowuję je do druku.

Cały proces jest czasochłonny, ale daje ogromną satysfakcję.

A co dzieje się wtedy, kiedy Ty i autorka macie różne pomysły na to, jak pokazać bohatera?

Agnieszka Wojtasik: To chyba nie jest kwestia wyboru jednego albo drugiego. Bardzo wierzę w to, że suma różnych doświadczeń i perspektyw daje więcej niż pojedyncza osoba pracująca samodzielnie. Autor widzi historię z innej strony i często dostrzega coś, czego ja nie widzę.

Pamiętam taką sytuację przy jednej z ilustracji przedstawiających Maxa jako piłkarza. W tekście pojawiła się informacja, że Max ma wiele zainteresowań, więc początkowo wyobraziłam go sobie jako chłopca grającego w piłkę razem z kolegami. Zależało mi na pokazaniu go jako zwykłego dziecka, które ma swoje pasje, relacje i miejsce w grupie.

Oriana zwróciła jednak uwagę, że chciałaby mocniej podkreślić indywidualizm Maxa i jego własny sposób przeżywania świata. Zaczęłyśmy więc szukać rozwiązania, które połączy oba spojrzenia. I wtedy pojawił się pomysł, żeby Max został bramkarzem.

To był kompromis, z którego obie byłyśmy bardzo zadowolone. Zostało wszystko to, co było dla mnie ważne – sport, aktywność i kontakt z innymi dziećmi. Jednocześnie udało się podkreślić indywidualny charakter bohatera, na którym zależało autorce.

To właśnie lubię we współpracy. Nie chodzi o to, żeby jedna osoba postawiła na swoim, ale żeby wspólnie znaleźć rozwiązanie, które będzie najlepsze dla historii.

Seria „Oczami Maxa” pokazuje świat dziecka w spektrum autyzmu. Czy jakoś szczególnie przygotowywałaś się do pracy nad tym projektem?

Agnieszka Wojtasik: Przede wszystkim nie próbowałam „narysować autyzmu”. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy da się to zrobić. Nie jestem psychologiem, więc od początku podchodziłam do tego trochę inaczej.

Dla mnie najważniejszy był Max jako konkretny bohater i konkretne sytuacje, których doświadcza. Nie skupiałam się na diagnozie, tylko na emocjach, relacjach i trudnościach, które pojawiają się w jego codziennym życiu. Brałam więc konkretną scenę i zastanawiałam się, jak ją pokazać tak, żeby była zgodna z tekstem, ale jednocześnie czytelna i bezpieczna dla odbiorcy.

Przy czym warto powiedzieć, że jeszcze przed wydaniem zarówno tekst jak i ilustracje są wysyłane do ekspertów min. Fundacji Autyzm Bez Tabu oraz Fundacji Progredi, którzy recenzują książki. Ich rekomendacje znajdują się na okładkach.

To było dla mnie bardzo ważne, bo miałam poczucie, że pracujemy nad projektem, który ma być nie tylko estetyczny, ale też rzetelny i bliski rzeczywistym doświadczeniom dzieci.

Czy możesz podać przykład ilustracji z książki, która wymagała od Ciebie głębszego zastanowienia się nad tym, jak pokazać emocje Maxa?

Agnieszka Wojtasik: Dobrym przykładem jest ilustracja z drugiego tomu, „Max i skok na głęboką wodę”. Max jest na pływalni, wokół jest hałas, dużo ludzi, ma wystąpić w zawodach i w pewnym momencie jest po prostu przebodźcowany.

Ta scena była dla mnie trudna, ale też bardzo ważna. Najbardziej zależało mi na pokazaniu relacji między Maxem a jego mamą. Max wtula się w nią, szuka bezpieczeństwa, a mama jest obok. Nie panikuje, nie pogania go, nie próbuje na siłę rozwiązać sytuacji. Zamiast tego wspiera go i daje mu czas. To właśnie ten moment chciałam uchwycić.

Kolorystyka również nie była przypadkowa. Zależało mi na spokojnych błękitach i skupieniu uwagi na bohaterach. Nie chciałam przeładowywać ilustracji dodatkowymi elementami czy nadmiarem bodźców.

W takich książkach odbiorcami są nie tylko dzieci. Korzystają z nich także rodzice, nauczyciele, terapeuci czy psychologowie pracujący z dziećmi. Dlatego starałam się, żeby ilustracje pomagały skupić się na konkretnej sytuacji i emocjach, a nie odwracały od nich uwagę.

W tej scenie wiemy, że wokół jest hałas i napięcie. Widać to po twarzy Maxa, po słuchawkach, po jego reakcji. Jednocześnie w centrum ilustracji pozostaje poczucie bezpieczeństwa i wsparcia.

I chyba właśnie tak pracowałam nad całą serią – skupiając się na pojedynczych sytuacjach i emocjach, które można przeżyć, zrozumieć i poczuć razem z bohaterem.

Można powiedzieć, że pracując nad tym projektem, musiałaś zbudować w swojej głowie świat Maxa, żeby móc go oddać na ilustracji. Czy praca nad serią zmieniła coś w Twoim sposobie patrzenia na autyzm albo na osoby w spektrum?

Agnieszka Wojtasik: Myślę, że przede wszystkim nauczyła mnie większej uważności. Dzisiaj, kiedy czytam jakąś scenę, dużo więcej czasu poświęcam na zastanowienie się, co właściwie chcę pokazać i co z tej sytuacji wynika.

Przy tej serii bardzo szybko zrozumiałam, że „ładnie” nie zawsze znaczy „dobrze”. Ilustracja ma tutaj swoją funkcję. Jest częścią historii i powinna pomagać ją opowiadać.

Czytając kolejne książki i rozmawiając z osobami zaangażowanymi w projekt, uczyłam się różnych rzeczy, które później wpływały na moje decyzje ilustratorskie. Dzięki temu łatwiej było mi unikać uproszczeń czy stereotypów, które często pojawiają się w przedstawianiu osób autystycznych.

To było dla mnie ważne, bo zależało mi na pokazaniu bohatera jako człowieka, a nie jako zbioru cech czy zachowań.

Jednocześnie był to bardzo ciekawy proces z perspektywy samej ilustracji. Często musiałam znaleźć sposób, żeby pokazać coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka – napięcie, niepokój czy trudność, której inni bohaterowie mogą nawet nie zauważać. To było duże wyzwanie, ale też coś, co bardzo mnie rozwinęło jako ilustratorkę.

Coraz bardziej przekonywałam się też do myślenia o ilustracji jako o początku rozmowy. Czasami dziecko najpierw zwraca uwagę na obraz, a dopiero później na tekst. Zobaczy jakąś scenę i zapyta: „Dlaczego on tak się czuje?” albo „Co się tutaj wydarzyło?”. Wtedy rodzic, nauczyciel czy terapeuta dostaje naturalny punkt wyjścia do rozmowy.

Dlatego zależało mi również na tym, żeby ilustracje nie były infantylne. Czytelnikami tej serii są dzieci w wieku szkolnym, które często bardzo świadomie odbierają historie i bohaterów. Chciałam, żeby traktowały te opowieści poważnie i mogły się w nich odnaleźć.

Wspomniałaś wcześniej o sensoryce. To temat, który pojawia się także w Twoich zainteresowaniach. Skąd ta wrażliwość na takie zagadnienia?

Agnieszka Wojtasik: Myślę, że częściowo z obserwacji świata. Mam poczucie, że dziś wszyscy jesteśmy trochę przebodźcowani. Ekrany, media społecznościowe, powiadomienia, reklamy – wszystko domaga się naszej uwagi. Czasami mam wrażenie, że świat krzyczy z każdej strony.

Sama coraz częściej szukam spokoju i prostszych rozwiązań. Nadal korzystam z papierowego kalendarza, lubię pracować ręcznie i odpoczywać od ekranów. Ta potrzeba wyciszenia jest mi bardzo bliska i pewnie dlatego naturalnie interesuję się również tematami związanymi z sensoryką.

W ilustracjach przekłada się to przede wszystkim na świadome ograniczanie bodźców. Staram się nie przeładowywać obrazów, ostrożnie dobieram kolory i kompozycję. Zależy mi na tym, żeby ilustracje były przyjazne, spokojne i pomagały skupić się na tym, co najważniejsze w danej scenie.

Czy jest jakaś ilustracja z serii, z której jesteś szczególnie dumna?

Agnieszka Wojtasik: Najtrudniejsza była zdecydowanie scena w gabinecie terapeutycznym z pierwszej części. Długo zastanawiałam się, jak pokazać takie miejsce, żeby nie kojarzyło się z czymś chłodnym, sterylnym czy nieprzyjaznym. W historii to przecież sam Max podejmuje decyzję, że chce zmierzyć się ze swoimi trudnościami związanymi z jedzeniem i szuka wsparcia.

Wymagała ode mnie szeregu decyzji ilustratorskich. Ściany namalowałam w chłodnym błękicie, bo ten kolor kojarzy się z przewidywalnością i spokojem. Zestawiłam go z ciepłym brązem podłogi i naturalnymi szarościami, żeby wnętrze było wyciszone wizualnie. Jednocześnie chciałam dodać nieco życia do tego pomieszczenia, więc pojawiło się drzewko cytrusowe, co ociepliło trochę przestrzeń ilustracji i plakat z owocami. Świadomie zbudowałam relację między terapeutką a Maxem. Posadziłam ich na wygodnych, kolorowych pufach i zrezygnowałam z biurka, żeby zmniejszyć formalność sytuacji. Duże znaczenie ma tu postać terapeutki. Ubrałam ją w sweter w truskawki. Ma w ręce długopis i notes, ale są odłożone, bo skupia uwagę na dziecku. Pozycja jej ciała jest otwarta.

Bardzo zależało mi na tym, żeby gabinet był miejscem bezpiecznym, a relacja między terapeutką a dzieckiem opierała się na zaufaniu i uważności. To była ilustracja, nad którą naprawdę długo pracowałam i z której do dziś jestem bardzo dumna.

Ale chyba największy sentyment mam do innej sceny z pierwszej książki. To moment, kiedy Max i jego mama bawią się owocami, wykonując zadanie zalecone przez terapeutkę. Bardzo lubię tę ilustrację, bo pokazuje coś, co przewija się przez całą serię – że wsparcie często dzieje się w zwykłych, codziennych sytuacjach.

Mama nie zmusza Maxa do niczego. Wie, na co jest gotowy, rozumie jego granice i pomaga mu oswajać trudności krok po kroku. A przy okazji oboje dobrze się bawią. Jest w tej scenie dużo ciepła, bliskości i zaufania. I właśnie dlatego jest to moja ulubiona praca.

Powiedz na koniec gdzie można znaleźć książki z serii „Oczami Maxa” i gdzie czytelnicy mogą zobaczyć więcej Twoich prac?

Agnieszka Wojtasik: Książki ukazały się nakładem wydawnictwa MindTales. Można je znaleźć na stronie wydawnictwa, a także w wybranych księgarniach, między innymi w Empiku. Pierwsza część doczekała się już anglojęzycznego wydania i jest dostępna na Amazonie. Czytelnicy mogą sięgnąć nie tylko po wydanie papierowe, ale również po e-book oraz audiobook.

Więcej moich prac można zobaczyć w moim portfolio: https://www.behance.net/agnieszkawo1 oraz na Instagramie https://www.instagram.com/agnieszkawojtasikart.


Książki Oriany Filipionek, zilustrowane przez Agnieszkę Wojtasik, są już dostępne w sprzedaży:

Dodaj komentarz